- Przy Tobie szczególnie - napisała.
- To miałem na myśli - odpowiedział.
Zen. Jaki zen? Pieprzone emocje buzowały niczym małe elektrony, które starała się zdyscyplinować jak na kolonijnym apelu. Czyli nieskutecznie.
Ten ping-pong ją rozbijał. Niby panowała nad piłeczką, ale miała wrażenie, że jednak wali w siatę. Że nie pisze małymi literami, tylko bije wołami, które cały świat widział, czytał i interpretował na jej niekorzyść. Przede wszystkim on. Master of her disaster.
- Musi być jakiś sposób. Nie ma mocnych. Nie ma wiernych. Potrafiła nagle skierować drogę do siebie. Jakby przystawiała wielki magnes, którego siła krzywiła ścieżki. Myśli. A nawet uczynki.
Im bardziej grzebała to w sobie, tym więcej pytajników rodziła jej głowa. Krzywych znaków. Kropek i kresek. Alfabet, którego nie zna, a on umiejętnie nadaje w nim komunikaty. STOP.