poniedziałek, 27 grudnia 2010

sen na jawie

Z pewnością jest to pewien kiermasz osobowości. Nie nazywam go celowo jarmarkiem, bo traktuję go dość poważnie. 

Pary o dość rozbieżnym życiorysie. Wyperfekcjonowane kobiety. Mężczyźni dość głośno mówiący o zmianie życia. 


A po Inception warto pójść spać. 

wtorek, 14 grudnia 2010

rym

Pamiętałam jakąś scenę, którą chciałam opisać. Była widocznie jednak tak ulotna, że wyciekła mi z głowy. Scena była chyba drogowa, a może korytarzowa. Może i nawet się rymowała. 

Sąsiad zapytał się, czy nie przeszkadza mi rzępolenie zza ściany. Miał na myśli duet gitarowy ze swoim synem. A ja z uśmiechem powiedziałam, że lubię muzykę. Lubię nawet na okrągło, jednak już bez rymów. 

niedziela, 12 grudnia 2010

a4

Obietnice i postanowienia składa się nie tylko w związku z jakimiś przełomami. Pewnego dnia powiesiłam na szklanych drzwiach od sypialni kartkę a4 z monodramem mówiącym o czasie. Chwilach, które są tylko dla mnie, czasie cenniejszym niż kolejne próby nadgonienia zaległości służbowych. 

Patrzyłam na tę kartkę, nieświadomie chłonęłam słowa wypisane własną ręką. Uświadamiałam sobie, co jest rzeczywiście dla mnie ważne i dlaczego stawiam płot, a nawet mur. 

wtorek, 7 grudnia 2010

lirycznie

Czasem słucham niemieckiej muzyki, aby podśpiewać sobie pod nosem na zasadzie wyjątkowości. Mam w tyle głowy przeczytany gdzieś artykuł, że następować powinna znów regionalizacja liryki, że wieczna angielszczyzna w muzyce nie stanowi recepty na sukces, ale z pewnością na melodyjną, samogłoskową prostotę. Widać to po rodzimych artystach, którzy jednak wracają do korzeni. 

niedziela, 5 grudnia 2010

ćwiczenia stoickie

Zastanawiam się, czy daje się to wszystko podzielić na dwie kategorie, na dodatek uznając, że są tylko dwie możliwości: dobra i dobra. Według stoików cierpimy nie przez wydarzenia, tylko przez swoje do nich nastawienie.

niedziela, 28 listopada 2010

na krawędzi

Nie patrz, gdzie upadłeś, lecz gdzie się poślizgnąłeś.
(powiedzenie afrykańskie) - z inspiracji wizytą w CSW

Kiedy zaczęłam rzadziej godzić na obcasach, odkryłam nagle, że nie muszę wiecznie wpatrywać się w nierówności pod stopami. Wreszcie mogę spojrzeć w bok, a nawet w górę.

Mimo sezonu zimowego zbliżyłam się właśnie do krawędzi ślizgawki, wystarczy tylko krok, aby wejść na bardziej stabilny grunt. Grunt, który nie jest skuty zmarzliną, a raczej rokuje na dobry plon. 

piątek, 26 listopada 2010

muzeum niewinności

Gromadził każdą drobną rzecz, która się z nią wiązała. Przedmioty, które dotykała z mniejszym lub większym zamiarem. Wąchał je później, głaskał. Był w tym wszystkim ogromny smutek, wręcz jego ocean. 
Weszłam do tego muzeum nieco bezwstydnie. 

środa, 17 listopada 2010

radiohead

your eyes they turn me

Prowokuję. Potrafię zaglądać tak bezczelnie w twarze, nawet bez odbioru. Bo mam radio w głowie i nadaję na falach ultrakrótkich. 

niedziela, 14 listopada 2010

odbitka

Co jest rzeczywistością?

Chciałam obejrzeć film. Nie jakiś-film, który dałby by mi tylko powierzchowną rozrywkę. Potrzebuję teraz konsekwentnego rozwoju, całopiersiowego oddechu. 


Stąd Powiększenie, aby zmierzyć się w pierwszej kolejności ze złudną rzeczywistością. 

sobota, 13 listopada 2010

między jedynkami

Może być tak: patrzysz i jest miło. Następnie dochodzi do ciebie dźwięk i zastanawiasz się, jak to razem złożyć - ciało i fonię. Bywa także odwrotnie - do ciepłego głosu dochodzi niewspółmierna fizyczność.

Nie zdradzę, o jakiego aktora mi chodzi, bo lubię szparę między jego jedynkami. 

piątek, 12 listopada 2010

sztuka współczesna

Uczę się, że czasami konflikt i doprowadzenie do konfrontacji są potrzebne, aby nie tylko dogłębnie zrozumieć, ale przede wszystkim działać. Trigger ma w sobie konieczny chrzęst, takie odblokowanie porów i przeładowanie magazynka. Czasami to musi zaboleć, z reguły to właśnie boli. Wyjście ze strefy bezpieczeństwa w nowe. 

Nie bać się, nie bać się. Wypiszę cele do osiągnięcia, narysuję drogę i wywieszę jako najlepszą sztukę współczesną. 

środa, 10 listopada 2010

słownik

Mówiła, że w męskim słowniku brakuje wielu żeńskich słów, jakby był on zdecydowanie uboższy. - Bo nie znajdziesz w nim tęsknoty, której nawet gramatycznie bliżej jest do kobiety. - prawie krzyczy w przekonaniu, z którym czasem trudno dyskutować. 

Mężczyźni piszą piękne teksty piosenek, których potem nie potrafią nawet zagrać. Rozegrać w słowach. 

wtorek, 9 listopada 2010

pole

Mówiła o tej grze z pewną dezaprobatą, jakby nie chodziło o jej reguły, tylko o samą planszę, w której ona czuła się jak pionek. Był bowiem król i królowa, a wokół co najwyżej wieże lub gońce. Prawdopodobnie tak zaczyna się niejedna bajka dla dorosłych, w której grają duże dzieci. Bądź odwrotnie - opowieść miała być dla nieletnich, a przypadkowo zaangażowali się w nią starsi wiekiem. 

Z pewnością ważne było obrane pole. To pole position, od którego wszystko się zaczyna. Zestaw nastawień, o które potem rozwieszane i prostowane są emocje. Bo wszystko w relacjach damsko-męskich zaczyna się od skrzywień i małych zboczeń. 

sobota, 6 listopada 2010

z góry

Pobudza mnie wysokość. I niech to będzie wieloznaczne. Stanęłam przy oknie i zaczęłam się zastanawiać, co to za budynek. Musiałam przecież wielokrotnie go mijać, a nawet być w środku, ale rzadko, widocznie zbyt rzadko, patrzyłam na niego z góry. - Czy to planetarium, zwariowany ser szwajcarski, czy może ... ufo? Z pewnością mistrzostwo architektury. 

środa, 3 listopada 2010

sublim

I wszystko dzieli się na dwa

Zmieniłam płytę. Niekoniecznie poprzedniczka była zdarta, atmosfera skórzanych rękawiczek na na takowej też kierownicy potrzebowała innego towarzystwa. Bardziej wysublimowanego. 


Jesień jest porą arcykobiecą. Nie przemawia do mnie letnia golizna. Nie przemawia do mnie definiowanie kobiecości przez nagie ciało. Aby czuć się pociągająco, oprócz swojego umysłu muszę formować również draperie. Choćby z alpaki. 

poniedziałek, 1 listopada 2010

dziesięć

Ateista chce być cnotliwy - i to jeszcze bardziej niż katolik, który liczy na to, że po kolejnej spowiedzi i rozgrzeszeniu znów będzie mógł robić, co mu się tylko podoba. Najbardziej cnotliwi ludzie, których spotkałem w życiu, byli ateistami. Za to chrześcijanie byli najmniej cnotliwi.
(Michel Onfray)

Idą do kościoła, a potem zapominają o najważniejszych przykazaniach. A "Dekalog" Kieślowskiego jest już od kilku tygodni w sprzedaży. Może zamiast na tacę, warto rozgrzeszyć się inaczej. 

wtorek, 26 października 2010

po słowie

Zależy, kto gorzej znosi ciszę...

Obcy z nieznośną manierą drapującą wypowiedzi po sam firmament. Taki niemiłosiernie odbijający światło. Oślepiający. Mimo wszystko nadal do odkrycia, do rozebrania na luksy, a nawet luksiki. 


Żałowałam, że jednak nie jestem sama. Obcego odstawiłam na Marsa. Wystarczyło mi tego szumu w moim kosmosie. 

niedziela, 24 października 2010

chwile żałowania

Thank God I'm Woman

Bywały takie chwile żałowania, że nie jestem facetem. Właśnie facetem, nie mężczyzną, bo to ostatnie jest bowiem o wiele bardziej złożone i trudniejsze. Facet ma wręcz przypisane prawo do łatwiejszego życia, z potencjalnym pasmem sukcesów
 zdecydowanie wyraźniej nakreślonym. Jednakże facetem się jest, mężczyzną się natomiast bywa. Stąd chwile żałowania szybko przeminęły. 

Fanatycznie przyglądam się pysze, narcyzmowi, nie mogąc ogarnąć potencjału tych luster, w którym oni się przeglądają. Jakby powstawały u innego szklarza i miały inny kąt odbicia. A z pewnością inną ramę i zdecydowanie płytszą głębię. Wystarczy jednak pomazać je szminką i zmienia się perspektywa. 

sobota, 23 października 2010

przeskok

Spojrzał na nią wyczekująco, szukając potwierdzenia. Było dość silne słońce, jej źrenice zwężyły się w dopasowaniu do siły światła. Może zawodził się właśnie, że jej entuzjazm był nieco zdystansowany. Wycofywała się po ślimaczemu, nie czekając na dalszą zachętę. 

Pamiętała, że mówiła o rzeczach ważnych, które pod wpływem jego obecności stopniały zgodnie z  najnowszymi teoriami klimatycznymi. Spływało to po nim akurat pod jej stopy. Nie chciała dać kroku wstecz. Tym razem musi to przeskoczyć. 

piątek, 22 października 2010

karmel

Karmelowy płaszcz przypomina o kamelu. Wolę być wielbłądem niż osłem. Może nie skończę w kiszce. 

czwartek, 21 października 2010

sznyt

Mówił mi lata temu, że jego rzeźby przypominają mu sztukę niemiecką po 1933 roku. A ja oprócz gigantomanii widziałam w nich piękno. Taki sznyt, który powala na kolana, jak niejedną z jego postaci.

Od tego czasu przemawia do mnie wielka sztuka. Duże jest piękne. 

środa, 20 października 2010

kaganiec

Jest we mnie jakiś wkurw, wczepił się jak pasożyt, który drąży. Nie znoszę bezproduktywnych rozmów. Rozkładania rzeczy na czynniki pierwsze, spraw, które nie są warte lub do których nie mam serca. Może to właśnie jest kwestia emocji, których nie potrafię ubrać w kaganiec. 

poniedziałek, 18 października 2010

rysy

Mówił, że wystarczyło podejść do niej bliżej, a nagle odkryły się małe rysy. Lekko odpryśnięty lakier na paznokciach, nierówny makijaż. Idealny obraz się zachwiał, może właśnie wręcz - zarysował.

Zerknęłam na nią z bardzo bliska, zobaczyłam nagle nadmiar skóry na podbródku, mimiczną zmarszczkę. Pomyślałam o tym ciepło, jakbym chciała rozgrzać ten kolagen. Wstrzyknąć spojrzenie.   


Pochyliłam się do lustra. Okruchy tuszu rozproszyły się w zagłębieniu oka. Puder się rozpadł na cząstki elementarne. Róż się ucieleśnił. 

niedziela, 17 października 2010

dłubanie patykiem

To pisanie do Ciebie przypomina dłubanie patykiem w nieskończoności. 

Pisał tak do niej niedzisiejszo. Używał pełnych zdań, wplatał w nie poszarpane emocje, gonił ją. A ona uciekała, jak zawsze zygzakiem. - Jestem potworem. - mówiła. 

To było ponad czterdzieści lat temu.


Teraz niby nie jest inaczej. Kobiety nadal udają potwory, a mężczyźni udają się na polowania w pogoni za króliczkiem. Zmieniła się natomiast komunikacja. Jest szybciej, krócej, niekoniecznie treściwiej. 

piątek, 15 października 2010

blondynka w koronie

Chyba naturalnie mnie przed szefem uniosło. Wypięłam piersi w casualowej koszulce Marca Jacobsa z sugestywnym rysunkiem blondynki w koronie. - Królowa jest tutaj jednak jedna. - stwierdziła mowa ciała.

czwartek, 14 października 2010

state of mind

Czynił kontury. Jego dłonie formowały nad kierownicą ramki w formie prawie-serc. Obserwowałam go we wstecznym lusterku, jak wielu innych. Mechaniczny peep show.

Stałam przyczajona w tym korku, który przynosi mi wytchnienie. Alicia Keys krzyczała wręcz Empire State of Mind.

środa, 13 października 2010

zapuszkowanie

Śpieszę się. Czasami jednak ponownie otwieram drzwi wejściowe, jakby szukając uspokojenia, że wszystko jest w porządku. Trzask klamki i odwinięcie na pięcie. Śpieszę się.

Nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca, mimo że tylko godzinę miałam spędzić w izolatce od spraw służbowych. - To jest już jakaś fiksacja. - pomyślałam. Dałam się zapuszkować w myślenie o czasie przyszłym. Skończonym?

wtorek, 12 października 2010

współczesny pomnik bezmyślności

Usta miała zasznurowane, jakby pod linijkę. Stała niewzruszona, tarasując wyjazd, niereagująca na jakiekolwiek gesty. Współczesny pomnik bezmyślności. 

Obserwacje z metra wygasły. Mój wzrok wytężyły obserwacje z auta. 

poniedziałek, 11 października 2010

tafla

Pomyślałam, że to lustro przyciąga. Jest w nim jakaś nuta przekomarzania się ze wszystkimi - pięknymi, nieurodziwymi, dziećmi, dojrzałymi. Wchodzisz i prawie dotykasz tafli.

Lustro w windzie.

Rano widzę tam zbyt blady makijaż. Po południu natomiast czerwone oczy. 

środa, 22 września 2010

patyczaki

Prawie biegła, a jej obcasy wykrzywiały się na niemiłosiernie chudych nogach. Zastanawiałam się, że one są jak patyczaki, które tak niedawno śniły mi się w dziwnym obrazie pajęczych odnóży platformy wychodzących z dna morza, chyboczącej w prześwicie mostu, który tak bardzo przypominał mi Øresundsbron. 

poniedziałek, 20 września 2010

kant

To jednak nie było przyjemne. Centrum śmierdziało moczem, jakąś bezradnością i szarością, której daleko od modnego spopielenia się. Kontrasty. Przecież przed momentem wyszłam ze szklanej wieży, w której zamknięci są książęta o kantach ostrzejszych niż języki.

czwartek, 16 września 2010

odliczanie

To chyba był jeden z tych szarych poranków, które przyszły za wcześnie. Czułam jeszcze powolność, która za moment zmieni się w nerwowość na niedalekiej długiej prostej. Oczy jeszcze lekko podpuchnięte, mimo że od pobudki minęły dwie godziny. Myśli, które zaczynały już krążyć po wahadle. Tu i tam. 

Wyłonił się z nietypowej uliczki, pełen przeszłości. Niósł na swoim grzbiecie lakiery, nieco jakby wyblakłe, aczkolwiek i tak jarzyły się klasyką. W ogonie uśmiechnął się Triumph Spitfire. Podkręciłam muzykę. I pod prawą dłonią zaczęłam odliczanie: jedynka, dwójka...

niedziela, 22 sierpnia 2010

wyliczanka

Po pierwsze - wiem, czego chcę. I to przekonanie, graniczące właśnie z pewnością, popchnęło mnie w ramiona opiekunki, współczesnej Matki Teresy od kredytów. Tak, stać mnie na działkę budowlaną, aczkolwiek jeszcze nie na taką, której wielkość zdrowo dystansowałaby mnie od ludzi, a jednocześnie nie oddalałaby mnie od cywilizacji. Szokujące są dla mnie ceny z sześcioma zerami, aczkolwiek pracuję przecież nad tym, aby ten szok minął.

Po drugie - dom z indywidualnego projektu, nie z katalogu dworków z tysiąca i jednej nocy. Może jeszcze nie Robert Konieczny, bo zera wsiadłyby wówczas na szaloną karuzelę, ale z pewnością także coś wymykającego się schematom. I dużo betonu architektonicznego, surowości, ale i kontrastów. 


Po trzecie - chciałabym być design managerem. 

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

tupanie

Jakieś tupanie po dachu i budzi się nieprzytomny jeszcze strach. Naczytałam się prasy, obejrzałam kilka mocnych scen i już wydawało mi się, że złodziej chodzi nad sypialnią. Pewnie to jakiś futrzak, który chciał jak niby-kotka zatańczyć na rozgrzanych dachówkach. 

Czuję się nasączona negatywnymi emocjami jak jakiś ptyś. Cóż, podobno nie tylko pozytywy są tymi driverami, które ciągną za sznurki przyczepione do paliczków i wystukują kolejne resume. Wolność, chciałabym mieć tę wolność wyboru i artystycznego zagrania na nosie. Doświadczam bowiem: nierówności, mobbingu, szowinizmu, szklanych sufitów, braku transparentności.


I jednak czytam. Bo na mężczyznach ostatnio się zawiodłam. 


niedziela, 8 sierpnia 2010

najlepszego

Wrzucam kolejne tytuły książek do przechowalni. Ich lista wydłuża się tak samo, jak rośnie sterta książek napoczętych i rozkładających swe obwoluty w bliskości łóżka. Ostatnio nie czytam, a raczej czytam niebeletrystycznie, co nieco mnie drażni. 

Szalenie trudno jest przestać być wymagającą. Moje nieznośne przywiązanie do szczegółów, wyłapujące wszelkie niedoskonałości, frustruje mnie tak samo jak zapewne odbiorców tych uwag. Wiele razy zastanawiałam się, czy nie odpuścić, ale oznaczałoby to kolejną porażkę i przystosowanie się do otoczenia.


Jednego muszę się jeszcze nauczyć, że jeszcze wiele dobrego przede mną. Najlepszego. 

środa, 4 sierpnia 2010

władza

Stopy jednak bolą w dziennych okowach szpilek. W tym pięknie nie ma litości, jest tylko władza, jaką się ma nad innymi. Głównie nad facetami. Oraz nad sobą. 

Połowa 28-piętrowca. Szklany windy połykające kołnierzyki, także różowe. Sterylność kontaktów, mniejsza - rozmów. A myśli?


To, czego jednak nie mogłabym robić, to malować warg na czerwono. Co innego żyć w czerwieni. Mój pożar trwa. 

poniedziałek, 19 lipca 2010

stawanie

Gdzieś w pamięci mam tę pudrową koszulę z szyfonu, który zbierał się zakładkami na krągłościach. I ta stójka bądź kokarda, która mówiła więcej o kobiecości niż dosłowna nagość. 

Kobietą się nie jest. Kobietą się staje. 


Trochę boję się swoich trzydziestych trzecich urodzin.  

poniedziałek, 12 lipca 2010

rozrywam się

Może to ten facet z Aston Martina przemówił, muskając moje palce na przejściu w jednej z zielonych, podwarszawskich suberbii. To, co zauważyłam, to ciekawa koszula w pasy, koszula, którą niejedna chciałaby zapewne rozpiąć, a nawet rozerwać. 

Mam oczy pełne tej zieleni, oby tęczówki nie zmieniły swej barwy. 

poniedziałek, 14 czerwca 2010

wyżej

Come on and meet me tonight in Atlantic City. 

Może powinnam jej powiedzieć, że źle znoszę podróż samolotem i że kiedyś tak nie było. Niedalekie Okęcie wznosi tony żelastwa z kilogramami reisefieber w środku. Czasami stoję w oknie i patrzę na światła, żałując, że nie mieszkam jeszcze wyżej. 

Jeszcze wyżej.


Czy niebo wygląda lepiej zza szklanego sufitu? Co najwyżej, jeśli ktoś pluje, to znajduję pod nim minimalne schronienie. 

wtorek, 8 czerwca 2010

nuta

W tym wszystkim przebrzmiewa jakaś nuta mojej rezygnacji, a może bliżej jest do niesmaku, czyli do zmysłowości wyciągniętej na lewą stronę. 

niedziela, 30 maja 2010

długa prosta

Są to właśnie te drobne rzeczy, które przypominają ukryte już za plecami zdarzenia. Były zatem misie i inne zwierzątka, które łapkami mocowało się gdzieś na swetrze. Potem, gdy rosłam, zawieszone były na sznurze nocnej lampki. Kurzyły się, aż w końcu zniknęły. Widocznie niecałkowicie. 

W tym wszystkim jest trochę myślenia o czasie, o wędrówkach, które nie prowadziły na rozstaje, a tym bardziej w ślepe oko uliczki. Potrzebuję długiej prostej, rozpędzenia się, a nie redukowania prędkości na nieudolnie skalibrowanych zakrętach.

sobota, 22 maja 2010

uporządkować zmiany

Niesamowity bieg z przeszkodami. Czasami uderzam się tak centralnie w piszczel i uczę się, aby się nie zrażać. Myślę, że w tym roku kończę trzydzieści trzy lata i to jest zdecydowanie kolejny czas na dużą zmianę. Muszę to zrobić, bo inaczej się spalę.

Nie mogę doczekać się tej szafy, aby po latach zacząć porządkować swoje życie, poukrywać te wszystkie płaszcze, marynarki, kartony z butami, które mam na widoku jak w niezłym show roomie. 

czwartek, 20 maja 2010

niebajka

Gdyby to nie była ta gazeta, to może słowa warte byłyby zacytowania. A może nie powinien być ważny tytuł prasowy, tylko sedno, że życie uczy siły, bo oszuści wrażliwość odbierają jako słabość. 

Tak zatem codziennie się uczę, nawet czytając bajki na dobranoc.


Muzyka z filmów Wong Kar-Waia pobrzmiewa z sypialni. Zbaczam myślami gdzieś na daleki wschód, szukając odmienności. Słowiańskość mnie przytłacza. Chciałabym się bardziej odróżniać. Wiem - wyróżniać. 

wtorek, 18 maja 2010

tendencje

Pomyślałam, że może to nieco dziwaczne, ale widocznie ktoś jednak je dokarmiał. Zakaz dożywiania gołębi zaskoczył mnie na pewnej stacji metra. Zaskoczył, jak wiele innych rzeczy. Jak nawet to, że można robić sobie manicure na oczach wszystkich. Tak, ludzie mają tendencję do obierania postawy "akceptuj mnie, kim jestem".
.:.
Dla niektórych był to wielodniowy wyścig Le Mans. Skończyło się melatoniną, krwotokiem i okrzykami samozachwytu w pit stopie. A ja w tym wszystkim ubabrana po łokcie, a może i jeszcze wyżej, bo jako spec od rzeczy beznadziejnych czuję się z tym wszystkim jak wrzucona do wagonika górskiej kolejki, która właśnie udaje się w dół. 

środa, 12 maja 2010

wir

Kiedy pomyślałam, że chciałabym, aby ten dzień się zakończył, stwierdziłam, że nie może nie powinnam tak mówić, bo są przecież tacy ludzie, dla których każda chwila dłużej oznacza więcej. Zatem nie wolno mi składać sobie takich życzeń i nieważne, jaka byłaby ku temu przyczyna.

Słuchałam go, pochylając się nad libańskim daniem, i przecież powinnam się z tym zgodzić, że trzeba częściej niż rzadziej być bezwzględnym i nie bać się zagrywek gdzieś na wysokości splotu słonecznego. Brakuje mi tej sukowatości, mimo że staram się czasami, ale nie wychodzi mi, jakbym chciała. Ale pracuję nad tym, kroczek po kroczku, aczkolwiek zaprzeczyły temu poranne łzy. 

Ale nic, wewnątrz mam jakiś komfort, że będzie dobrze, że to nie wir, który ciągnie mnie na dno.

czwartek, 6 maja 2010

broszki

Jako kobieta mam słabość do wielu rzeczy. Ostatnio kolekcjonuję filcowe broszki, które ubarwiają kołnierze czarnych marynarek. Jest po prostu trochę inaczej, bo raczej nie czuję się kwitnąco. 

poniedziałek, 3 maja 2010

zwierzyniec

Hotel jak hotel. Dziwne było może to, że w nim jeszcze nie byłam, mimo że setki razy miałam okazję przechodzić tuż obok. A raczej byłam, tylko z innej strony. A czy ta strona jakoś się liczy? Może i tak, bo z okien był ten sam widok na park, przez który za czasów studenckich maszerowałam na odleglejsze zajęcia. 

Zatem hotel.

W spokojnej zadumie przeszkadzał mi deszcz oraz krzywe płyty chodnikowe. Wiedziałam, że nie wchodzą w grę żadne szpilki, bo po prostu nie dojdę, załamię się, a może wręcz złamię, zgubię i poobijam sobie palce. Miasto stołeczne nie jest dla kobiet, jest jak dżungla betonowa dla twardzieli o grubych podeszwach. 
Boya hotelowego nie pamiętam. Nie umknął mi natomiast przy wyjściu, otworzył elegancko drzwi i pożegnał. Szalenie ważne jest ostatnie wrażenie, wszyscy kładą nacisk na to pierwsze, a wcale tak nie musi przecież być, chociaż wówczas chciałam je sobie zagwarantować. Przecież nieprzypadkowy był dobór koszuli i broszki jak kotylion. 
Po pierwsze to spotkałam ją. W toalecie o marmurowych blatach powiedziałam jej "cześć", chociaż znałyśmy się tylko z sąsiedzkiej windy. To był taki miły akcent, przełamanie mojego wewnętrznego lęku, że co ja tu do cholery robię. Co mam wspólnego z tymi nadętymi facetami, którzy pompują swoje ego z prędkością wymiany wizytówek. Ale cóż, powiedziałam a, to powinnam wyrecytować pozostałe literki alfabetu.

Doszłam do K jak kobiety.
Stałyśmy wokół okrągłego stolika. Wyszło to jakoś naturalnie, może nieco wbrew biologii. W biznesie podziały są jednak utrwalone, mimo tuszowania tego przez obie strony. Kobiety tuszują oczy, a co czynią zatem mężczyźni? Orkiestra-tusz?
Rozdałam kilka wizytówek. To nie czas i miejsce, aby pisać, co wówczas czułam. Mój wewnętrzny robak był dość pracowity i wiercił mi dziurę w brzuchu. A myśli były jak konie, w galopie. Po prostu zwierzyniec.
Z tego wszystkiego wyniosłam przekonanie, że trzeba pielęgnować. Siebie, kontakty, dalsze otoczenie. Nie oczekiwać zbyt wiele, bo samo oczekiwanie to za mało. Zastanawiające było dla mnie to, czy moje sianie przyniesie owoce. Nawet zakazane, oby tylko nie zepsute.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

niejeden

Lekko drży ten żołądek. Szyk nie gra tu znaczenia, gra kawa i mleko. I cukier - zawsze trzcinowy, jakby na oszukanie diabetologów, że dba się o siebie. Odkąd zaczęłam spożywać zamiast jabłka smoothies, czuję się lepszą kobietą, bo czy człowiekiem, to sama nie wiem.

Zdziwiła mnie ta muzyka. Spodziewałam się czegoś ostrzejszego, bo przecież ścieżka dźwiękowa do filmu wojennego powinna mieć jakiś pazur. A tu nuty drgające gdzieś w trzeciej linii, niespokojne halo, które wdziera się głębiej niż trash. Pomyślałam, że właśnie o to chyba chodzi, nie o prosty krzyk, ale o wyrafinowaną subtelność. 

Niejeden chciałby być panem życia i śmierci. Niejeden. 

środa, 21 kwietnia 2010

po sznurku

To tylko ciąg dalszy. Dalszy plan. Czasami siadam z boku. Nieco z tyłu. I obserwuję, co się dzieje, kiedy sznurki się urywają, a ludzie - jak wprowadzone w ruch kukiełki - kiwają się w rytm słów. 

Pewnego dnia zrozumiałam, że milczenie nie oznacza niewiedzy. Słucham i łapię nastroje. Szukaliśmy dziś właściwego określenia, jak oddać to, co nieoddane. Bo co byś mi oddał?