środa, 16 stycznia 2019

retrospektywa

Szła hotelowym korytarzem z myślą, że jest za którymiś drzwiami. Dziesiątki drzwi zakrzywiających horyzont, a nie znała numeru.

Nie, numer znała. Telefon parzył jej palce. Kiedyś wysłałaby wiadomość. A teraz tylko rozrywa ją od wewnątrz. Fizyczny ból. Tak, tęsknota może piekielnie boleć.

Łzy, łzy, łzy. Nie mogła powstrzymać szklanego widoku. Czy jest uczucie od drugiego spojrzenia? Spotkali się przecież po raz drugi. Po dwóch latach. Trzeciego razu mogło już nie być.

Patrzyła na niego bezczelnie, chcąc zapamiętać jego rysy. Ostre, męskie, zmysłowe. Falę ust i jasne oczy, przyciągające jak rzep. Nie mogła się od nich oderwać.

Zmieszanie. Dokładnie tak, jak pokazują to w filmach. Kac po. Po spontanicznej bliskości. W jej pokoju.

Nie chciała, aby wychodził. - Wiesz, to znak, że jest to inne. - pomyślała. Że nie wyganiała go ze wstydem. Nie umiała wypełnić po nim przestrzeni. Poduszka i kołdra odbiły się od jego ciała jak odlew.

- Lubię osiągać cel.- powiedziała mu. Atawistycznie pragnęła go zdobyć. Odkryła przed nim bezczelnie karty. Pierwszą partię wygrała. W drugiej wszystkie asy miał on.

Nie sztuką jest bowiem wygrać wstępne rozdanie. Sztuką jest wygrać całość gry.

Smak porażki ciągle czuje pod językiem. Całował nieziemsko.

Wkurwia ją ten czas przeszły.

wtorek, 30 października 2018

nierówność

Losem kochanków jest z reguły rozstanie. A losem niedoszłych?

Szła w rytmie, który rozbijał jej myśli na poszczególne etapy. Etap przed. Zamglony, bo pamięta tylko strzępki sytuacji, nie ogarnia powiązań. Poznała tylko ich efekt, przyczyny zostawiając jak sieroty. Niech się nadal bujają.

Etap po, wymierzony na milimetry. Rozdrobnione wątpliwości, poukładane w stosach. Nierównych, jak ich relacja. Dni wycofania, minuty przyciągania. Zegar kompletnie się rozstroił.

- Mam ogromne dylematy. - mówił. A ona wówczas się kurczyła, jej głos wpadał w żołądek i rozbijał się o zastany tam kamień. Buch. Głuchy dźwięk powracał jak echo. Wychodził z jej ust jedynym słowem "proszę...", którego natychmiast żałowała. 

Wiedziała, że ma rację. On. Nie ona. To nie powinno się zdarzyć. A jednak się pojawiło. - Zacząłem, to także i to skończę. - stwierdził. To nawet nie było wiadro zimnej wody. To lodowa lawina, która spada na jej oczach. Czy zdąży się schować?

Tylna kanapa auta. Skóra. Pojazdu. Jej. I jego. Prawie na do-widzenia. Jakby ostatni raz. 

Całowała go tak, aby zapamiętał. Na długo. 

czwartek, 20 października 2016

jaki zen?

- Przy Tobie szczególnie - napisała.
- To miałem na myśli - odpowiedział. 

Zen. Jaki zen? Pieprzone emocje buzowały niczym małe elektrony, które starała się zdyscyplinować jak na kolonijnym apelu. Czyli nieskutecznie. 

Ten ping-pong ją rozbijał. Niby panowała nad piłeczką, ale miała wrażenie, że jednak wali w siatę. Że nie pisze małymi literami, tylko bije wołami, które cały świat widział, czytał i interpretował na jej niekorzyść. Przede wszystkim on. Master of her disaster. 

- Musi być jakiś sposób. Nie ma mocnych. Nie ma wiernych. Potrafiła nagle skierować drogę do siebie. Jakby przystawiała wielki magnes, którego siła krzywiła ścieżki. Myśli. A nawet uczynki.

Im bardziej grzebała to w sobie, tym więcej pytajników rodziła jej głowa. Krzywych znaków. Kropek i kresek. Alfabet, którego nie zna, a on umiejętnie nadaje w nim komunikaty. STOP. 

piątek, 7 października 2016

plaster

Plaster. Tak, można to w ten sposób określić. W jedną stronę przylepiec. A po drugiej lekkie odpychanie. Fizyka. Jeszcze nie chemia.

Klikalność wrasta. Pytajność wzrasta. Telefon, zapomniany, zaczyna znów się gotować. Od głaskania. 

Chciałabym oczarować. Czarować. Uwodzić. Wodzić. 

A on na to. Że pada. Pada bateria. W jego głowie. 

niedziela, 6 marca 2016

bateria

- Schowam się za Ciebie. W tym żarcie tkwiła moc prawdy. Nie chciała wyjeżdżać. Przedłużała spotkanie o każdą z możliwych chwil. Patrzyła lekko zmąconymi oczyma, chcąc go przykleić do siebie. Myślą, mową, a także uczynkiem.

Kilka godzin wcześniej.

Wyczuła go. To ta chwila, kiedy spojrzał ze znakiem zapytania w oczach. - Kim ona jest? 
Pamięta, że odwzajemniła ten znak. To zapytanie.

- Kim on jest? - pytała, kiedy okazało się, że usiądą przy jednym stoliku. Nie bawiła się w obojętność. Nie miała na to czasu. Wiedziała, że niedługo zniknie, wcześniej niż przed północą. Była przedwczesnym kopciuszkiem.

Teraz się uśmiecha. Ściskała telefon, aby wyczuć wibracje. Aż w końcu nie wytrzymała bateria.

piątek, 15 stycznia 2016

nie słyszę

- Nie słyszę... 
Zbierała wszelkie preteksty, aby mówić blisko. 
Czytać z linii jego warg. 
Nie z ruchu. 
Z ciepła.

Siedzieli ramię w ramię. Udo w udo. 
- Nie słyszę... - mówiła.
A on powtarzał coraz bliżej. Na centymetry. 
Tyle dzieliło ich do świadomego ruchu warg.
Do ich spontanicznego muśnięcia.

Poza tym dzieliło ich wiele. A ona nadal mówiła:
- Nie słyszę... 
Chciała, aby zbliżał się. 
Przeciągał granicę jej prywatności, ile się da. 
I ją przekroczył, tym razem bez słowa.

- Nie słyszę...

Autostrada pochłaniała.
Patrzyła w bok, jakby on cały czas tam był.
A tam widziała tylko szybę.
I w jej odbiciu nie znalazła.
Jego.

czwartek, 17 grudnia 2015

od pewnego snu

Guess it's true, I'm not good at a one-night stand
But I still need love 'cause I'm just a man


Zaczęło się od pewnego snu. - Byłeś tam - powiedziała.
.:.

Kilka dni później szepnął jej wprost do ucha. - Życzę Tobie więcej takich nocy.  
.:.

Mijali się w jednej kubaturze. Ona czuła ślad jego perfum. On jej. Wodzili się tak. Brakowało tam jeszcze uświadomionego przedrostka na u-.
.:.

Przypadek. Jak zwykle on rządzi. Usiadła blisko. Nie na tyle, aby mogło zaistnieć preludium. A jednak. Oddała mu po raz pierwszy coś swojego. - Dobre... - powiedział.
.:.

- Pójdziesz ze mną? - w jej pytaniu nie było pytania. Był imperatyw. Nie mógł odmówić. Nie mógł mieć wątpliwości. I weszli w fazę uświadomionego u-.
.:.

Pierwszy krok. Kolejny. Gra stara jak świat. Noga przy nodze. - Za często widzę was razem - skomentował świat. A on ich nie obchodził. To oni byli w tym momencie światem.
.:.

Co by się stało, gdyby zatracili się w tej knajpianej galaktyce? Ona chciała. On chciał. Zrymowali się po warszawsku. Ależ pasowali do siebie.
.:.

- Zawiozę Cię - mówiła. Broniła się przed promilami. Chciała doświadczać go na czysto. Nie po czystej. Miała plan.
.:.

Nie mówiła dużo. Była w fazie odbioru, nie nadawania. Myślała, jak go zaprogramować. Na jeden program o nazwie "delikatne". A może... "wirowanie"?
.:.

Czarne i białe. Jej czarna bluzka i jego biała koszula. Nie zafarbowały, chociaż puszczone razem. 
.:.

Kiedy wyszli, nadal było zbyt wcześnie. Nadal przed północą i scenariusz Kopciuszka nie działał. A on mieszkał zdecydowanie za blisko. Za krótka trasa. Za mało słów. Za mało czynów?
.:.

- Wspólny lunch - stwierdzili. Ale jak to zrobić, aby był chociaż... deserem?