Pokazywanie postów oznaczonych etykietą work. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą work. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lutego 2013

eks

Czy nie masz wrażenia, że stoimy do dwóch stronach wizjera? Ty chcesz mnie podglądać, przykładasz oko i obserwujesz. Ja po drugiej stronie również Ciebie widzę. I wiem o Tobie więcej, niż się spodziewasz, mój eks.

środa, 30 stycznia 2013

połówki granatu

Byłam ciekawa. Nie wiązałam z tym spotkaniem żadnych przesadnych nadziei. Po prostu lubię poznawać nowych ludzi, którym mogę (potencjalnie) wzbogacić świat.

Wszedł już sztywny. Prawdopodobnie gdzieś w środku najeżony, aczkolwiek trudno mi przecież było poznać przyczynę. Przywitał się, usiadł i zamilkł. Pomyślałam wówczas o tych wszystkich taktykach, które stosuje się, aby człowieka zniechęcić. Uśmiechnęłam się.

Widziałam momenty, w których się otwierał. Nieliczne chwile, kiedy rozpościerał zasupłane ramiona. Dziwiłam się, bo pracując w komunikacji powinien być bogatszy o środki wyrazu. A może się myliłam, może uznałam, że jest to prostsze.

Znane opowieści o połówkach pomarańczy, jabłka czy jakiekolwiek innego owocu mają również przełożenie na życie zawodowe. Cholera, gdzie jest zatem mój wymarzony granat? Pomożesz mi go znaleźć?

piątek, 14 września 2012

kroki

Jedną z najtrudniejszych rzeczy jest przyznać się do błędu. Trudne jest również zrozumieć, że czasem trzeba zrobić krok w tył, aby w ogóle ruszyć do przodu.  

czwartek, 14 czerwca 2012

lokowanie produktu

Pytam go o biznes i widzę, jak zagubiony stara się odbić piłkę. Facet, który nie potrafi rozmawiać o swojej pracy jest nudny do potęgi en.

wtorek, 15 maja 2012

między wierszami

Mogę to chyba określić potocznym opierdalaniem. Głos zza ściany rugał kogoś, być może w uzasadnionej sytuacji. Był to męski ton.

Wiele się teraz mówi, a nawet pisze, że kobiety mają znać swoją wartość. Wiem o tym nie od dziś. Chodzi jednak o coś jeszcze, co pozostawię między wierszami. 

niedziela, 15 kwietnia 2012

karne słowo

Gdybym mogła wybrać karne słowo, to pisałabym po tysiąckroć niespełnienie. Odmieniałabym je przez wszystkie przypadki, także ten miejscownik, który zaczyna się za kilka godzin. 

sobota, 28 stycznia 2012

zawodowy kopciuszek

Siedziała na spotkaniu znudzona. Szalenie trudno było jej utrzymać maskę zaangażowania, wystające kosmyki nudy chowała co moment za ucho. Szorowała spojrzeniem po zebranych mężczyznach, łapiąc się na tym, że odlicza. Odlicza ich twarze, minuty do końca prezentacji, odlicza to wszystko, co wydawało jej się w tej chwili niematerialne. Męczyła się.

Pamięta dokładnie ten stan. Stan niedopasowania doświadczyła nie raz. Czuła się jak zawodowy kopciuszek, który wprawdzie założył zagubiony o północy bucik, aby po kilku krokach jednak stwierdzić, że ją uwiera. 

środa, 14 grudnia 2011

myśl kwitnie

Kiełkuje we mnie jedna myśl, a raczej już kwitnie. Myśl zasiana jakiś czas temu, wypadła spod powieki, spod palca. Jej czerwony error omiata mnie co dzień jak uporczywe spojrzenie. - Tylko ten, kto nic nie robi, nie czyni błędów - pomyślałam, bynajmniej nie usprawiedliwiając swoich decyzji, onegdaj podjętych. 

Moje serce zalewa gorycz, a jej smak psuje potencjalną przyjemność z jazdy. W kontekście trzech liter doznaję bowiem Unfreude am Fahren, gdyż nie układają się w top-class beemwu. 

piątek, 27 maja 2011

demon lub anioł

W każdym ze środowisk spotykam inne kobiety. Czasem różnice są subtelne, niemalże nie do wyłapania. Niekiedy jednak widzę pewne cechy, które one łapią jak suche gąbki. Na przykład testosteron zachowań.

Pracuję znów w męskiej branży. Obserwuję nowe otoczenie. Otoczenie obserwuje mnie jako nową. Mężczyźni mnie wąchają. Czują demona albo anioła. Koneserzy określą to inaczej: stajnia Givenchy


Gdyby przełożyć to na muzykę, musiałabym grać ciężki rock. Czasem wręcz metal. Zatrudniono mnie, aby zrobić z tego wszystkiego alternatywę, bo do chill-outu z pewnością nie dotrwam. 

środa, 20 kwietnia 2011

last days

Ktoś wyrysował na moim zakurzonym monitorze serce przebite strzałą. Nie wiem, co z tego zestawienia jest ważniejsze: kurz, serce czy strzała. 

wtorek, 29 marca 2011

na baczność

Na początku był szpagat. Potem ten rozkrok stawał się coraz mniejszy, aż za dwa dni stanę na baczność i zasalutuję w uldze. Zmiana pracy, tak bardzo wyczekiwana, w końcu staje się rzeczywistością. Zabiorę torebkę i wyjdę nude. W zupełnie nową bajkę. 

środa, 23 marca 2011

żegnaj

Jest jednak pewna anonimowość nie do rozgryzienia. - pomyślałam, gdy po raz drugi dostałam wiadomość z adresu dla wszystkich wyrzutków świata. W ten jednostronny sposób ktoś się otwiera i zarazem kończy słowami żegnaj Tygrysku

niedziela, 20 lutego 2011

ostatni zajazd

To miasto jednak mnie przygnębia. Nieestetyczne bloki, zdecydowanie gorsze od ursynowskiej wielkiej płyty, z kurnikami w postaci chaotycznych przeszkleń. Tuż za chwilę biurowiec z logo Barclays, niewspółmierny do ubogiego otoczenia. Jednak tu jestem, po raz kolejny. Może na długo - ostatni. Zajazd na Litwie.

Godzina in plus. Praca in minus

wtorek, 18 stycznia 2011

western

- Sometimes you have to be rude. - wysyczał z wysuniętym podbródkiem. Zabrzmiało to jak tekst z westernu, z majtającą na klacie gwiazdą szeryfa. - Sometimes you have to be a bitch. - pomyślałam... 

środa, 20 października 2010

kaganiec

Jest we mnie jakiś wkurw, wczepił się jak pasożyt, który drąży. Nie znoszę bezproduktywnych rozmów. Rozkładania rzeczy na czynniki pierwsze, spraw, które nie są warte lub do których nie mam serca. Może to właśnie jest kwestia emocji, których nie potrafię ubrać w kaganiec. 

piątek, 15 października 2010

blondynka w koronie

Chyba naturalnie mnie przed szefem uniosło. Wypięłam piersi w casualowej koszulce Marca Jacobsa z sugestywnym rysunkiem blondynki w koronie. - Królowa jest tutaj jednak jedna. - stwierdziła mowa ciała.

wtorek, 8 czerwca 2010

nuta

W tym wszystkim przebrzmiewa jakaś nuta mojej rezygnacji, a może bliżej jest do niesmaku, czyli do zmysłowości wyciągniętej na lewą stronę. 

środa, 12 maja 2010

wir

Kiedy pomyślałam, że chciałabym, aby ten dzień się zakończył, stwierdziłam, że nie może nie powinnam tak mówić, bo są przecież tacy ludzie, dla których każda chwila dłużej oznacza więcej. Zatem nie wolno mi składać sobie takich życzeń i nieważne, jaka byłaby ku temu przyczyna.

Słuchałam go, pochylając się nad libańskim daniem, i przecież powinnam się z tym zgodzić, że trzeba częściej niż rzadziej być bezwzględnym i nie bać się zagrywek gdzieś na wysokości splotu słonecznego. Brakuje mi tej sukowatości, mimo że staram się czasami, ale nie wychodzi mi, jakbym chciała. Ale pracuję nad tym, kroczek po kroczku, aczkolwiek zaprzeczyły temu poranne łzy. 

Ale nic, wewnątrz mam jakiś komfort, że będzie dobrze, że to nie wir, który ciągnie mnie na dno.

czwartek, 6 maja 2010

broszki

Jako kobieta mam słabość do wielu rzeczy. Ostatnio kolekcjonuję filcowe broszki, które ubarwiają kołnierze czarnych marynarek. Jest po prostu trochę inaczej, bo raczej nie czuję się kwitnąco. 

poniedziałek, 3 maja 2010

zwierzyniec

Hotel jak hotel. Dziwne było może to, że w nim jeszcze nie byłam, mimo że setki razy miałam okazję przechodzić tuż obok. A raczej byłam, tylko z innej strony. A czy ta strona jakoś się liczy? Może i tak, bo z okien był ten sam widok na park, przez który za czasów studenckich maszerowałam na odleglejsze zajęcia. 

Zatem hotel.

W spokojnej zadumie przeszkadzał mi deszcz oraz krzywe płyty chodnikowe. Wiedziałam, że nie wchodzą w grę żadne szpilki, bo po prostu nie dojdę, załamię się, a może wręcz złamię, zgubię i poobijam sobie palce. Miasto stołeczne nie jest dla kobiet, jest jak dżungla betonowa dla twardzieli o grubych podeszwach. 
Boya hotelowego nie pamiętam. Nie umknął mi natomiast przy wyjściu, otworzył elegancko drzwi i pożegnał. Szalenie ważne jest ostatnie wrażenie, wszyscy kładą nacisk na to pierwsze, a wcale tak nie musi przecież być, chociaż wówczas chciałam je sobie zagwarantować. Przecież nieprzypadkowy był dobór koszuli i broszki jak kotylion. 
Po pierwsze to spotkałam ją. W toalecie o marmurowych blatach powiedziałam jej "cześć", chociaż znałyśmy się tylko z sąsiedzkiej windy. To był taki miły akcent, przełamanie mojego wewnętrznego lęku, że co ja tu do cholery robię. Co mam wspólnego z tymi nadętymi facetami, którzy pompują swoje ego z prędkością wymiany wizytówek. Ale cóż, powiedziałam a, to powinnam wyrecytować pozostałe literki alfabetu.

Doszłam do K jak kobiety.
Stałyśmy wokół okrągłego stolika. Wyszło to jakoś naturalnie, może nieco wbrew biologii. W biznesie podziały są jednak utrwalone, mimo tuszowania tego przez obie strony. Kobiety tuszują oczy, a co czynią zatem mężczyźni? Orkiestra-tusz?
Rozdałam kilka wizytówek. To nie czas i miejsce, aby pisać, co wówczas czułam. Mój wewnętrzny robak był dość pracowity i wiercił mi dziurę w brzuchu. A myśli były jak konie, w galopie. Po prostu zwierzyniec.
Z tego wszystkiego wyniosłam przekonanie, że trzeba pielęgnować. Siebie, kontakty, dalsze otoczenie. Nie oczekiwać zbyt wiele, bo samo oczekiwanie to za mało. Zastanawiające było dla mnie to, czy moje sianie przyniesie owoce. Nawet zakazane, oby tylko nie zepsute.